Wolę sobie nie wyobrażać, jak wyglądał w garniturze.
Sposobności, by opisać tamten wieczór nie są zbyt dobre, gdyż piszę rozgorączkowana, chrzcząc klawiaturę swoimi zarazkami. Ale muszę w końcu się zabrać za uwiecznianie.
Piątek dwa (?) tygodnie temu. Sprzątanie samochodu w panice, malowanie, ubieranie, stres. Widok Jego przed kinem. Drżące kolana i wszystko inne - ciało z galarety. Sklep - chciał zapłacić za moje zakupy. Problemy z wejściem na salę kinową. Zamiana miejsc. Skittlesy - zachowałam sobie opakowanie otworzone przez niego (oczywiście jestem za słaba, żeby sama otworzyć cokolwiek). Spacer po rynku. Jedyna otwarta kawiarnia i czekolada. Powrót koło niego.
Teraz nic nie wiem, niczego nie jestem pewna. I mam wszystkiego serdecznie dość. Wszystkiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz