czwartek, 28 lutego 2013

If you fall.

Fala mnie zalewa. I niedługo pochłonie. Zostanę uwieziona w bezkresnym oceanie. 

Właśnie spadam z nieba na ziemię (pisałam, że byłam ponad niebem?). 

Gdyby nie to 'cześć', pogodziłąbym się, że to już koniec. Cześć. Cieszę się, a jednocześnie smucę.

niedziela, 24 lutego 2013

Latch in space.

Zachód słońca. A więc marz, marzycielu. 

W czwartek podszedł. I nagle wszystko, wszystko, co sobie przygotowałam na takie wydarzenie, wyleciało mi z głowy. Cud, że nie zapomniałam jak się oddycha. Wszystko rwało się we mnie, by Mu powiedzieć, jakie ma ładne oczy, jaki jest piękny, jaki cudowny, a więc milczałam, żeby się nie zdradzić, a On mógł odebrać to nie tak, jak powinien. 

Odwiedza mnie w snach. Ale ja nie mogę. Nie wytrzymam tak. 

Pragniesz czegoś, marzysz, nieustannie o czymś myślisz, a jesteś zmuszona udawać, że tak nie jest. I tak wszystko się ciśnie, i tylko chwile odliczane przez niespokojne tykanie serca, dzielą cię od wybuchnięcia. 

Jestem zmęczona. 

środa, 20 lutego 2013

Be the future.

Pisaliśmy. Niestety nie rozmawialiśmy. 'Na bank'. Biedny bank. Ale po dzisiejszej 'próbie' zniszczonej przez dzwonek (musiał zabrzęczeć akurat teraz? 'lekcja, Agata nie jesteś godna takiego szczęścia') wiem, że chce porozmawiać. Naprawdę chce! I dostałam śnieżką (no i ta śnieżka była powodem mojego wspaniałego humoru, który trwał do rozmowy z samolubną siostrzyczką) od Niego. Tak strasznie chciałabym podejść, odezwać się, ale nie pozwala mi myśl (a raczej fakt), że taki ktoś płaski i brzydki jak ja, nie zasługuje na kogoś tak pięknego i wspaniale zbudowanego jak on. Kto chciałby taką deskę? Gdybym przestała siebie nienawidzić... Ale jest za piękny. A ja jestem płaska.  I się zastanawiam dlaczego. Dlaczego nie mogę być do cholery szczęśliwa, dlaczego nie mogę wyglądać jak normalna dziewczyna i dlaczego muszę być... taka głupia. Muszę wziąć się w garść, bo sama z sobą nie wytrzymam. Tak strasznie siebie nienawidzę. A on jest taki piękny. Każde słowo jest dla mnie trucizną. Sama siebie truję, niszczę. Jestem rozrywana na strzępy. Jestem marnym strzępem.

Chce mi się płakać, ale nie mam już zapasu łez- wszystkie straciłam. 

Stworzyć coś z niczego. 

sobota, 16 lutego 2013

Infinity.

Trwam w bezkresie. W kończącej się nieskończoności.

I to nie był twój upadek, lecz mój.

 Żałosne są moje postanowienia, lecz mimo to z nich nie rezygnuję. I postawiam sobie coraz wyższą poprzeczkę, którą nie wiem, czy przeskoczę. 
Przejmuję się każdym twoim słowem, każdym twoim czynem. 

Zawsze. 

Po raz drugi obudziłeś we mnie ogromną nadzieję, po raz drugi ją uciszyłeś, ale nie zgasiłeś.

czwartek, 14 lutego 2013

But I am above the sky.

Kiedy chcesz zamarznąć - płoniesz, a kiedy chcesz płonąć - zamarzasz.

To, co miałam za błogosławieństwo, okazało się przekleństwem.

,,Ona czci tego, co o niej zapomniał
 On uwielbia tą, co nie dba o niego.'' 
 

wtorek, 12 lutego 2013

Dream about dream.

Długo nie pisałam i czuję się, jakbym tak długo nie oddychała. Tak, jestem martwa. 

Marzę, aby odpocząć od koszmarów, od wrzasków i ciemnej nocy. Pragnę dnia. Mojego wymarzonego dnia. Gdyby moje marzenie o marzeniu się spełniło, każda cząstka mnie wołałaby Jego imię,jeszcze głośniej niż teraz. Lecz w podświadomości kryje się strach, który wypuszcza wodze fantazji, aby dręczyć mnie w nocnych snach. I choć wszystko wiem, truję sama siebie moją chorą nienawiścią do siebie. Odbicie w lustrze nie jest moim odbiciem, przez co czuję się okropnie. To, co każdy widzi, to nie jestem ja. Nie jestem mną! To chude, płaskie ciało nie jest mną. To nie ja! Gdyby szczęście zastąpiłoby strach.... Wiem, że czegoś oczekuję. Pomimo wszelkim prawom wierzę w marzenia. To mnie tak niszczy? Rozczarowanie z dnia na dzień rośnie, a marzenia sięgają nieosiągalnego. 

sobota, 2 lutego 2013

Do you even realize how amazing you are to me?



Dni ferii minęły na przechodzeniu z telewizora na komputer. Dopóki w środę nie  pojechaliśmy  do Karpacza zawieźć szanownej siostrze buty (te, które miała przemakały, ale przybyliśmy z pomocą gdy na drogach nie było już ani śladu śniegu).  Przywitania, 'co tutaj robisz?' - i króciutka historyjka. Tata jak zwykle musiał pokazać, że jest duszą towarzystwa, a więc najpierw 'krótka' rozmowa z recepcjonistką, potem z nauczycielem (całe szczęście, że mnie nie uczy). Przechodzą! Z szklanego korytarza, przez recepcję, do sali na film. Idzie. 'Cześć' (AAAAAAAAAAAAA), 'cześć'. Więc ja czując się spełniona, dostawszy to, czego chciałam od tej wizyty (jedno, krótkie cześć i piękny uśmiech) z uśmiechem na twarzy wróciłam do domu. I jeszcze, żeby pamiętać, kiedy skończyło się moje okularowe cierpienie: właśnie w ten dzień, gdyż najpierw zawitaliśmy u okulisty - żegnam okulary i mam nadzieję, że raz na zawsze. 
Następny dzień zaczęłam psychologiem. Właściwie również skończyłam, bo, gdy wróciliśmy po południu byłam strasznie, nie wiadomo dlaczego (nie zostały wyjaśnione przyczyny moich bólów u nóg), zmęczona, więc pozwoliłam sobie na relaks przed telewizorem. 
W piątek odnowiłam mą znajomość z sąsiadką. Dobrze się złożyło, bo rozmawiałyśmy ostatnio wieki temu, a przecież kiedyś się przyjaźniłyśmy. Potem z mamą poszłam na zakupy (nie wierzę - jakim cudem ruszyłam te leniwe cztery litery?). Nabyłyśmy pare niezbędnych rzeczy na urodziny (prawie) 6-letniej siostrzyczki. Pierwszą połowę nocy wspominam miło dzięki miłemu snu (a to z powodu, że obiekt moich marzeń zaczął na obozie miłą rozmowę z mą siostrą na temat mojej dojrzałości - i tu należy wstawić okrzyk głupiego dziecka: AAAAAAA). Druga połowa, jak to zwykle bywa, gdy się obudzę po miłym śnie, jest dla mnie przeklęta z powodu złego snu. Pomyślmy... ile razy ja już zostałam zabita? Wielkie ogłoszenie (tarrraratam): zgodnie z moimi planami wstałam dziś o 7:00 i poszłam biegać. Pogoda mi nie dopisała - błoto, mżawka i mróz. 

Dzień po wizycie u psychologa (to jest wczoraj) pałałam niesamowitą nienawiścią do samej siebie. Nawet próbowałam zakończyć swój żywot poduszką, lecz, ku oczywiście wielkiemu zdumieniu, zauważyłam, że poduszka nie jest zbyt dobrym narzędziem zbrodni.  

Dziś czeka mnie dużo pracy. Kuzynowie hałasują i bałaganią (bród, smród i nieład -pijaństwo raczej nie pasuje-) i mam ich serdecznie, z całego serca dość. Posprzątać cały dom, upiec tort, upiec kilka ciast, zrobić sałatki i różne 'przekąski', pojechać na zakupy, udekorować. Pięknie. 

Pozwoliłam sobie marzyć. Lecz z umiarem. Ale czy tak potrafię?