Dzisiaj z nim nie pisałam. I tęsknie. I to strasznie. To nawet dobrze, że rzeczywistość chłoszcze mnie po twarzy jak lodowaty, zimowy wiatr, który On tak lubi.
Jeszcze czekam aż napisze, ale przecież jest zajęty szykowaniem się na sylwestra (On nie jest takim wyrzutkiem społecznym jak ja).
'Motylki' (co za idiota to wymyślił?) nie dają mi spokoju. Niepokój mnie nie opuszcza. Jak strasznie chciałabym z nim popisać- tego to chyba nie muszę mówić.
Gdybym była odważniejsza i pewna siebie napisałabym... Ale nie jestem i strach mi na to nie pozwala.
Już niedługo zacznie się 2013. On czeka na wiosnę. Ja też. Sylwestra spędzę w towarzystwie mego wroga (też cię lubię). Przynajmniej lepiej niż rok temu, gdy będąc jeszcze większym wyrzutkiem społecznym, zakompleksiona (On poprawił mi nieco samoocenę) czuwałam przy Polsacie słuchając beznadziejnych piosenek naszych polskich artystów.
Słońce już zaszło, początek mego dnia już nastał. Skrzydeł marzyciela nic nie zatrzymuje. Szybuję pośród marzeń.
Tak siedzę i się nudzę w nadziei, że do mnie napisze. Miał napisać... Ach. Zapędziłam się. Znowu. Fajna siostra koleżanki. Tym jestem. Tyle. Zapamiętać i oprzytomnieć.
Motyle czy czym wy tam jesteście w moim brzuchu, błagam, dajcie mi odpocząć choć na chwilę! Żeby tak całą dobę?!
O, słońce zachodzi. Daje początek mojemu dniu. Dniu marzyciela. Zachodź czym prędzej. Czekam na mój jasny dzień. Żegnaj dniu, który dla mnie jesteś jedynie ciemną nocą.
Nie mogę uwierzyć we własne szczęście!!! Jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie!!! Jeszcze wczoraj miałam to, co dzieje się teraz, za nierealne. Nie uwierzyłabym. Nadal nie wierze! Ale jednak. Pisałam z obiektem mych snów, myśli i marzeń od 22:55 do 3:30!!! I dziś znowu od 16:08 do 18:40!!! Naprawdę?! Uważa, że jestem ładna, lubimy te same zespoły, uwielbiamy czytać. - Piszę, ponieważ muszę zapamiętać. Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę!!! Jest dla mnie przecież za piękny, za lubiany, za fajny... Jestem tak niesamowicie szczęśliwa!
Nie spałam prawie całą noc, gdyż motylki (za łagodne jak na motylki, raczej jakieś potwory) tańcowały w najlepsze w moim brzuchu. Czułam się tak, jakby ktoś mielił mnie od środka. I tak do teraz. Cały czas! O 23 zamieniłam się w piszczącą, skaczącą idiotkę z nogami z galarety. Po południu popadłam w dziwną histerię. Trzęsłam się, płakałam. Myślałam, że już ani razu nie będziemy pisać. Teraz znów jestem niesamowicie szczęśliwa i jak na chwilę obecną, zwykłe rozmowy mi wystarczają. Człowiek pod wpływem zauroczenia rzeczywiście zamienia się w idiotę...
'Ja płakałam, a ty się uśmiechałeś' - zmienię znaczenie i 'płeć' słów Szekspira.
Ach!
' Szedłem, gdzie słodkie ciągnęły mnie tony, lecz pieśń przebrzmiała.'
Zgodnie z planami, wczoraj były zakupy. Siostra nieco więcej kupiła, ale mniej więcej za tą samą cenę (najwidoczniej nie umiem korzystać z promocji). Tak mi się podoba mój nowy sweterek (jasnoróżowy, z 'wyćwiekowanym' krzyżem) tylko jest zaduży (oczywiście). -Mała odmiana, piszę o czymś tak nieważnym jak ubraniu. Można się w tej galerii pogubić. Małe miasteczko w budynku/biedniejsze uliczki w Chorwacji -z tym można skojarzyć. Moje ulubione 'jogo' stoisko z zimnymi jogurtami (raczej lodami, ale niech im będzie) i dodatkami - mmmm. - Dzienna dawka małoważnych rzeczy, które jednak chcę zapamiętać, więc tu o nich spominam.
Znowu odwiedził mnie w śnie. Mogę przedłużać noc, nawet gdy słońce (ach ta wiosenna grudniowa pogoda) już dawno wstało. Ale sen wtedy zamienia się w malowane marzenia, a to nie to samo, gdyż już ma się świadomość ich fałszywośći.
Dzisiaj wyjątkowo mocno zrozumiałam, że sama siebie łudzę i wyjątkowo mocno uderzyła mnie rzeczywistość. A więc mam zamęt. Chcę się utrzymać na ziemi, ale jednocześnie wznoszę swe skrzydła wyobraźni ku niezmierzonym przestworzom marzeń.
Ta powtarzalność moich tytułów (zarówno posta jak i dnia).
Bardzo przyjemnie się kolęduje z wujkiem, gdy jest po paru kieliszkach 'swojskiej' wódki. I rozmawia o polityce. - Świąteczna kolacja w Rakowicach.
Bączuś jest piękny! Porwę go kiedyś i przejdę się z nim na miasto. Ten drugi, malutki, jeszcze szczeniaczek też, lecz nie przypomina czarnego, puszystego baranka jak Bączek w jego wieku.
Dzisiaj niby mają być zakupy. Tak nienawidzę chodzić po sklepach, przymierzać (lustra w przymierzalniach chcą zachęcić do kupienia ubrania, więc są wyszczuplające. Mnie to wyszczuplanie nie zachęca, bo praktycznie nie ma z czego mnie wyszczuplać. Może i teraz nie jest tak źle, ale została mi jakaś uraza z tych czasów, gdy miałam anemię itd.) Ale strasznie lubię nowe ubrania (a kto nie lubi?) i to moje 'łakomstwo' jest chyba silniejsze.
Ostatnio wspominam tamten wrześniowy wieczór. I czuję dziwny... niedosyt. A zawsze mnie to wspomnienie koiło. Ach, może nadal koi moje 'zbolałe' myśli, tylko... Sama nie wiem. Po prostu tak strasznie tęsknię. Urzeczywistniam marzenia, choć doskonale jestem świadoma prawdziwej rzeczywistości. A skoro myślę o tamtym wieczorze, myślę o tym, który ukradł mu oczy, to piękne spojrzenie. I motylki odżywają.
W ostatnie dni przemieniłam się w kurę domową i matkę polkę. Dla rodzeństwa stałam się 30-letnią, zrzędliwą babą. I zaliczyłam poważną, wykrzyczaną (porządnie wykrzyczaną) groźbę od taty. A ja już jestem wyczerpana psychicznie i załamana. Łzy się same cisną, i patrząc na ten brud i bałagan (wysprzątałam cały dom-jednego dnia nawet nie mogli przeżyć bez bałąganienia te okropne lenie -z moich ust wypłynęły gorsze przezwiska od 'leni', zapewniam-?!).
Każdemu brakuje tej anielskiej dobroci, miłości i niezwykłe radości Babci. Dziadek nie jest jedyny, choć tego nie dostrzega. Porządnie się o niego martwiliśmy, gdy wymknął się o 22 z domu. Domyślam się, że pojechał na cmentarz. Cóż... gościnnością i uprzejmością to on nie płonął.
Mały pokoik, czarne pianino na długość prawie całej ściany, stary kominek, po obu stronach wygodne kanapy, z rogu pachnąca, kolorowa choinka a po środku (lub raczej w centralnej części i to bardzo dosłownie, gdyż zajmuje prawie całe miejsce) pięknie przyozdobiony stół. Taki piękny obraz widzę co rok. - tak, żebym w przyszłości nie zapomniała, co przeżywam, co czuję i jak było.
Czuję się okropnie, że odczuwam nawet mocniejszą tęsknotę na nim, niż za Babcią. Ona jest w postaci tak ciepłych wspomnień, majacząca gdzieś w pustce uczuć, które już zostały dawno brutalnie wypchane wraz ze łzami, ale kojąca i pocieszająca na samą myśl. A On... Jego spojrzenie mnie prześladuje, ożywia wszystkie 'motylki, przywołuje marzenia' i sprawia, że tak strasznie za nim tęsknie. Tęsknię też do tego, który wydaje mi się być bardziej realny (tamto wspomnienie jest jak sen), który patrzy tak jak ten z realnego snu, który jest dla mnie po prostu piękny.
O Boże. Jaka jestem głupia.
Aaa, wiem, że zdjęcie bardzo pasuje do treści postu, ale bardzo mi się podoba.
Pamiętnik. Jaki piękny film... 
Jestem otumaniona tym światem, a więc pogrążam się w nim. Coraz głębiej, głębiej. Zmierzam ku marzeniom. Zasnę oczarowana i smutna, obezwładniona przez marzenia.
Jutro, gdy się obudzę dopiero zacznie do mnie docierać, jaka jestem głupia. Teraz mnie to nie obchodzi.
Co zwykły film może zrobić z człowiekiem... Tak mi się chce płakać...
Czuję okropną, ogromną tęsknotę. Jestem nią tak zmęczona.... Ale chce jej, bo pozwala mi pamiętać, bo pozwala mi marzyć. A to, że czasem wyroni kilka głupich, bezsensownych, dziecinnych łez, nie jest rzeczą aż tak straszną.
Dziś po raz tysięczny padłam na łóżko i wyznałam swojemu łóżku dozgonną miłość. A potem spałam. A potem lekcje i komputer. A teraz siedzę, zanim zacznę się zastanawiać w co się jutro ubiorę (apel) i przejdę tradycyjną fazę przymiarek. Zwlekam z tym, gdyż jak na razie jestem w dobrym humorze (spacer+sen), a nie chcę go sobie psuć moim odbiciem w lustrze. Jeszcze tylko jutro.
Nie chciało mu się przyjść do szkoły. Nie musiałam przeżywać tego, co przeżywam na jego widok, więc dzisiejszy dzień obył się bez płaczu (hoho jeszcze się przecież nie skończył) i zbędnego i próżnego użalania się nad sobą (dopiero to nastąpi, gdy spojrzę w lustro. Tak, głupszej osoby ode mnie nie ma), ale nie mogę się doczekać, aż go jutro zobaczę. Za bardzo mi przypomina tamten wieczór...
Aby ktoś zaakceptował mnie, najpierw ja muszę zaakceptować siebie.
Boję się. Po prostu jutra. Po prostu wszystkiego.
Tak bym chciała....
Wczoraj losowaliśmy kto komu kupuje prezent. Dozwolona kwota aż mnie zaskoczyła. Członkowi rodziny, którego wylosowałam się poszczęściło.
Założyłam facebook'a. Tak pisze, żeby pamiętać, jak się tym przejęłam. Nawet nie mam odwagi go zaprosić... 50 znajomych w jeden dzień. Może nie jest aż tak źle...
Nie lubię tych uwielbianych portali społecznościowych. Psują ludzi.
Napisałabym to, co przeżywam, ale, gdy wczoraj czytałam moje wpisy od sierpnia, dotarło do mnie, że już wszystko wypisałam i póki nie będzie jakiejś zmiany w tej rutynie lub póki nie zdarzy się koniec świata, lub ktoś nie ukradnie mi umysłu i nie podłoży mi innego-nie mam nic do napisania.
Chcę odpocząć od moich filozoficznych przemyśleń, od skupiania się na uczuciach i tego wszystkiego. Ogółem, od mojego świata. Postaram się skupić na dniu, na minucie, na sekundzie, zapominając o tej, co przed chwilą była, lub o tej, co za chwilę będzie.
Rose i Jack. Czy jest osoba, która dziś tego nie oglądała?
Nie lubię Rose.
Tak samo jak takiej jednej.
Po prostu.
Dlaczego nie mogę mu się podobać? Dlaczego musi być tak daleko?
Dzisiejszy dzień był dziwny.
Piękny widok panuje za oknem. Wybrałam się dziś na mój 'relaksujący' spacer z psem. Gdy przed tobą panuje biel błyszcząca w świetle słońca, uwalniasz się. Po prostu. Jesteś wolna.
A potem znów jesteś uwięziona.
Chciałabym...
Bardzo.
Ci, co potrafią się cieszyć tym, co mają, są szczęśliwi. Ja nie potrafię. Więc jestem nieszczęśliwa.
Nie potrafię się polubić, nie potrafię docenić, nie potrafię wziąć się w 'garść' i cokolwiek zmienić. Nie potrafię też zmienić nastawienia. Co świadczy o mojej głupocie.
Jestem zmęczona. Pilnie potrzebuję wolnego! I dobrej książki.
Gdybym miała odwagę (i gdybym nie była sobą) zapytałam bym się pana J. czy pożyczyłby mi Zaćmienie. Ale jestem tylko młodszą siostrą jego koleżanki i nie chcę mu zawracać głowy. Tym bardziej, że jest zajęty zajmowaniem się swoją 'koleżanką'.
Jeśli nie ucieknę do inngo świata, nie wytrzymam. Tylko czy chcę uciec tam sama? Na cały dzień schować się w doskwierającej samotności zasłonięta magiczną osłoną książki...
Brakuje mi kogoś.
Już nie wspominając o nim. Niby wszystkie koleżanki są fajne ale żadna nie na tyle, aby mi pomóc, poprawić humor itd., tak, jak powinna robić przyjaciółka.
Muszę zmienić podejście i pozytywniej patrzeć na świat. Wygrzebać się z tej 'skorupy' jak to nazwał tata w swych mądrych kazaniach. Nauczyć patrzeć optymistycznie i za każdym razem, gdy czymś zanadto się przejmuję, sumiennie mówić sobie teksty w rodzaju 'fuck this shit' lub 'relax.'
I oszukiwać siebie, że będzie lepiej, że nic się nie stało, że nie jest tak źle, a potem wybaczać sobie te kłamstwa. Żyć z dnia na dzień.
Ładną dziś mamy pogodę....
The mind is everythink. What you think, you become.
Nie osiągnęłam.
Jestem zmęczona.
Po przeżyciu kompromitacji, bo uświadomieniu sobie, że jestem żałosną istotą (nikim) jestem zmęczona. Teraz już nie myślę, że niepotrzebnie się użalam, że inni mają gorzej. Wiem to. Ale inni są silniejsi. Ja jestem słaba, a przez to dziwna. Nie mogę. Gdybym się nie przejmowała tak nieistotnymi (dla mnie są istotne, choć dla każdego innego człowieka nie miałyby znaczenia) rzeczami...jakoś bym funkcjonowała. Ale ta moja chora pasja do poniżania siebie i nienawiści co do 'własnej osoby' wprawia mnie w dziwny stan. Nienawidzę. Brzydzę się. I tak jak dziecko mówi, że chce do domu, tak ja mówię -rozpaczliwie- że chcę do szpitala. Bo tylko tam mogłabym odpocząć i wbić sobie do tego swojego zrytego łba, że jestem okropną egoistką. Nie, nie wywołuję losu. Przecież mam jeździć na kontrole, prawda?
Najgorsze jest to, że muszę męczyć się z samą sobą, jęczeć z bezradności, że muszę cisnąć się w swojej osobie. A ja myślałam, że to już nie powróci. Psychologu, przybywam.
Nie wiem, co ja sobie myślałam idąc na nocowanie w szkole, na maraton pisania listów. Tak, moja siostra była zachwycona i szczęśliwa, bo 'ale było fajnie'. Tylko, że ja nie jestem moją siostrą. Nie jestem tą utalentowaną, zdrową, piękną, śmiałą, zabawną, lubianą i szczęśliwą siostrą ze zdrowym umysłem. Jestem sobą. I to jest najgorsze. Własna siostra, ale zupełnie inna. Ma wszystko. Wszystko. A ja nic, bo jestem niczym. I odkąd pamiętam, tak się czułam. Odkąd w przedszkolu stwałam się powietrzem i zamykałam się w swoim świecie. Boże. Myślałam, że jestem już zupełnie inną osobą, bo przecież tyle czasu minęło. Ale jednak za każdym razem muszę się męczyć i radzić sobie z tą ułomnością. Tylko,że nie mam siły. Zmęczyłam się udawaniem, oszukiwaniem samej siebie i wszystkim innym. Strasznie.
A teraz czytam to, co napisałam, i myślę, że głupszej osoby nie ma na świecie. Ale nic z tym nie zrobię. Nic. Bo jestem zmęczona. Wybacz mi, świecie. Dołuję sama siebie, niemo krzyczę najgorsze słowa pod swoim adresem. I smucę się, ponieważ nie mam szans. Znów myśli eksplodują, strzelają jak milion fajerwerków, a każdy wybuch wywołuje bolesny cios. I tak są, nieustannie mącąc mi mój upragniony, oddalający się spokój, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Bum. Nie mam siły. Te fajerwerki są trujące.
Game over. I lose
,,Be very careful about what you think. Your thoughts run your life.
Nie wiem, co mi jest, ale napewno nie jest to nic dobrego.
Próbuję poznać samą siebie.
Coś wynikło z mojego postanowienia?
Pewnego dnia zdecydowałam żyć bez uczuć.
Próbuję uciec.
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Czuję się okropnie. Coś się we mnie ciśnie. A ja usiłuję nie wypuścić tego na zewnątrz. Próbuję to ignorować. Nie da się.
Dziwne niezadowolenie, przemęczenie, stres, tęsknota, samoocena? Może wszystko wymieszane.
Ale postanowiłam. Muszę się tego trzymać.
Chciałam napisać coś pozytywnego, zmotywować, nie obciążać siebie. Na daną chwilę jednak nie umiem.
Dlatego tytuł kieruję do siebie.
Wszystko mi się miesza. Pustka w pełni. Jak wiele osób tak się czuje. Jak wiele cierpi. A ja marudzę. Świecie, zignoruj me próżne zachowanie i wybacz. Dopiero się uczę.