Wpatruję się w chłodną biel. Pozwalam zamrozić się memu umysłowi. Podziwiam uroczy balet z gracją wirujących płatków śniegu przyodzianych we wzorzyste, piękne stroje i myślę, że równie dobrze może być on okropną walką.
Tak nagle. Tak nagle zaczynam zwracać uwagę na to, gdzie jestem. Pojawia się. Uciekam. Pojawia się. Krzyczę. Uciekam. Pojawia się. Śledzi mnie. Krzyczę. Uciekam. Jest straszny, okropny, owładnięty bezgraniczną chęcią zemsty. Pojawia się. Krzyczę. Uciekam. Dokąd? Nie mogę! Świadomość, że będzie to trwało wieczność... Krzyczę ogarnięta paniką, przygnieciona bezsilnością. Pojawia się. Krzyczę.
W sobotę - tak, byłam w kinie. Opowiem następnym razem... Tak, oddałam mu książkę - w środę. Później chodziłam po szkole dumna z siebie. Ma mi przynieść następną. Miał dzisiaj. Ale mnie nie było. Dręczą mnie wyrzuty sumienia, że musiał (o ile przyniósł) ją targać i niszczyć w plecaku. Że nie przyszłam, choć powinnam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz