wtorek, 8 stycznia 2013

Shine bright like a diamod.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Nie mogę uwierzyć, że trzymam rzecz, którą on dotykał (?)!!! Po książce (a dokładniej Zaćmieniu od obiektu mych nie opuszczających mnie myśli) czuję się tak, jakbym przed chwilą wróciła z rocznych (no dobra... miesięcznych) wakacji! Niesamowicie mi tego brakowało. Skończyłoby się psychologiem, gdyby nie moje wybawienie... Kto wie, może się uzależniłam. Ale to jedno z tych uzależnień, których koniecznie nie trzeba zwalczyć (są takie?). Czuję ogromną ulgę. Żyję w innym świecie.

Jadę z Nim (i z pozostałymi jedenastoma innymi osobami) do kina! I choć są małe szansę, że zamienimy choć jedno słowo, niesamowicie się cieszę! A potem mogę płakać do 2 w nocy (jak się mi już zdarzyło). Najwyżej ucieknę do świata Belli i Edwarda (Edward jest w moich oczach bardziej podobny do Francisca Lachowskiego niż do lekko obrzydliwego Roberta Pattnsona, tak samo Bella-to ja, tylko ładniejsza i lekko starsza). AAAAAAAAA.

Czuję pustkę. Płakałam przez cały weekend. I chyba wylałam już mój tygodniowy zapas łez. Staram się nie skupiać na moich myślach, po prostu nie rozmyślać i iść do przodu (nie zwracając uwagi na mój stan psychiczny - po prostu się w go nie zagłębiać). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz