Dni ferii minęły na przechodzeniu z telewizora na komputer. Dopóki w środę nie pojechaliśmy do Karpacza zawieźć szanownej siostrze buty (te, które miała przemakały, ale przybyliśmy z pomocą gdy na drogach nie było już ani śladu śniegu). Przywitania, 'co tutaj robisz?' - i króciutka historyjka. Tata jak zwykle musiał pokazać, że jest duszą towarzystwa, a więc najpierw 'krótka' rozmowa z recepcjonistką, potem z nauczycielem (całe szczęście, że mnie nie uczy). Przechodzą! Z szklanego korytarza, przez recepcję, do sali na film. Idzie. 'Cześć' (AAAAAAAAAAAAA), 'cześć'. Więc ja czując się spełniona, dostawszy to, czego chciałam od tej wizyty (jedno, krótkie cześć i piękny uśmiech) z uśmiechem na twarzy wróciłam do domu. I jeszcze, żeby pamiętać, kiedy skończyło się moje okularowe cierpienie: właśnie w ten dzień, gdyż najpierw zawitaliśmy u okulisty - żegnam okulary i mam nadzieję, że raz na zawsze.
Następny dzień zaczęłam psychologiem. Właściwie również skończyłam, bo, gdy wróciliśmy po południu byłam strasznie, nie wiadomo dlaczego (nie zostały wyjaśnione przyczyny moich bólów u nóg), zmęczona, więc pozwoliłam sobie na relaks przed telewizorem.
W piątek odnowiłam mą znajomość z sąsiadką. Dobrze się złożyło, bo rozmawiałyśmy ostatnio wieki temu, a przecież kiedyś się przyjaźniłyśmy. Potem z mamą poszłam na zakupy (nie wierzę - jakim cudem ruszyłam te leniwe cztery litery?). Nabyłyśmy pare niezbędnych rzeczy na urodziny (prawie) 6-letniej siostrzyczki. Pierwszą połowę nocy wspominam miło dzięki miłemu snu (a to z powodu, że obiekt moich marzeń zaczął na obozie miłą rozmowę z mą siostrą na temat mojej dojrzałości - i tu należy wstawić okrzyk głupiego dziecka: AAAAAAA). Druga połowa, jak to zwykle bywa, gdy się obudzę po miłym śnie, jest dla mnie przeklęta z powodu złego snu. Pomyślmy... ile razy ja już zostałam zabita? Wielkie ogłoszenie (tarrraratam): zgodnie z moimi planami wstałam dziś o 7:00 i poszłam biegać. Pogoda mi nie dopisała - błoto, mżawka i mróz.
Dzień po wizycie u psychologa (to jest wczoraj) pałałam niesamowitą nienawiścią do samej siebie. Nawet próbowałam zakończyć swój żywot poduszką, lecz, ku oczywiście wielkiemu zdumieniu, zauważyłam, że poduszka nie jest zbyt dobrym narzędziem zbrodni.
Dziś czeka mnie dużo pracy. Kuzynowie hałasują i bałaganią (bród, smród i nieład -pijaństwo raczej nie pasuje-) i mam ich serdecznie, z całego serca dość. Posprzątać cały dom, upiec tort, upiec kilka ciast, zrobić sałatki i różne 'przekąski', pojechać na zakupy, udekorować. Pięknie.
Pozwoliłam sobie marzyć. Lecz z umiarem. Ale czy tak potrafię?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz