niedziela, 24 lutego 2013

Latch in space.

Zachód słońca. A więc marz, marzycielu. 

W czwartek podszedł. I nagle wszystko, wszystko, co sobie przygotowałam na takie wydarzenie, wyleciało mi z głowy. Cud, że nie zapomniałam jak się oddycha. Wszystko rwało się we mnie, by Mu powiedzieć, jakie ma ładne oczy, jaki jest piękny, jaki cudowny, a więc milczałam, żeby się nie zdradzić, a On mógł odebrać to nie tak, jak powinien. 

Odwiedza mnie w snach. Ale ja nie mogę. Nie wytrzymam tak. 

Pragniesz czegoś, marzysz, nieustannie o czymś myślisz, a jesteś zmuszona udawać, że tak nie jest. I tak wszystko się ciśnie, i tylko chwile odliczane przez niespokojne tykanie serca, dzielą cię od wybuchnięcia. 

Jestem zmęczona. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz