Nie wiem, czy czuję duchową potrzebę uwiecznienia części mnie w tak wielce kochanym i szanowanym przez młodzież internecie, ale zadając sobie pytanie czy warto, zamieszczę, tak jak zamieszczałam i będę zamieszczała bez jakiegokolwiek sensu.
Bez nadziejna. Bez nadziei. Czy komuś też sie to tak kojarzy? Dlatego uważam, gdy używam tego słowa. Tak właściwie to go w ogóle nie używam. Słowa nie są tylko słowami. Są błędną (tak zakładam) interpretacją naszych chęci (tak zakładam).
Mam dość krzyków, kłótni i tej nienawiści zrodzonej z miłości, a więc postanawiam się zmienić. Nie, nie postanawiam Coś zmienić. Postanawiam Się zmienić. Ile razy tak już postanawiałam...zero i tysiąc równocześnie.
Dopóki starczy mi sił.
Podświadomie myśli wbijają mi się do umysłu, zamieniając błogi sen w dziwny majak. Ale jak tu nie myśleć?
To bardzo miłe uczucie, gdy chcesz przejść przez jezdnię i zauważasz, że ktoś, kto mógł już przejechać, a ja bym poczekała jedynie sekundę, zatrzymał się i czeka, aż do końca przejdę przez ulicę. A jeszcze bardziej miłe jest to, gdy się powtarza drugi raz.
Myślenie o nim przed snem (zdaję sobie sprawę, że w tym momencie robie z siebie żałosną istotę, tak samo jak w każdym momencie mojego życia) staje się tradycją (proszę nie wybuchnąć śmiechem).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz