W śnie poczułam słodycz latania, unoszenia się nad ziemią, wybawiającego wiatru, wolności.
Pod wpływem gorączki.
Tak naprawdę upadłam na ziemię.
Urzeczywistniłam sobie wszystko, co malowałam fantazją. Już nie marzę. Ale czy na pewno?
Wyjątkowa sytuacja to wieczór. Zdrowe marzenie, bo przecież może się ziścić. Tylko czy siebie nie oszukuję?
Zanurzam się w oceanie, opadam coraz głębiej, ale nie tonę.
Nareszcie myślę, że użalanie się nad sobą nie ma sensu.
Trudno. Life is brutal.
Zachorowałam w piątek, wyzdrowieję w poniedziałek. Szczęście.
Niestety dalej myślę i dalej tęsknię. Ale co z tego?
Pierwsze kroki na ziemi są bolesne.
Nie idę jutro do szkoły. Nienawidze dni i nocy, które muszę przeżyć czując się jakbym była ulepiona z kataru.
Jutro dzień nauki i zrobienia coś z sobą (zacznijmy od lekkiej zmiany wyglądu-może się uda. ha. ha.).
Życzę całemu światu miłych snów. I tych tworzących się pod gwiazdami, i tych pod doskwierającym słońcem, na realnej ziemi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz