sobota, 1 września 2012

Po nocy dzień


,,Po nocy dzień’’


,,Ziemia jest matką natury i grobem,
Grzebie i życia obdziela zasobem.
I mnóstwo dzieci jej łona widzimy
Ciągnący pokarm z jej piersi rodzimej.’’
- W. Shakespeare
           
                                                          


Prolog
     Stoję pośrodku pokoju przesyconego mocnym światłem w odcieniu pomarańczy, kojona przez spokojny wieczór. Spokój i piękno. Czymże jest cisza, jak nie pięknem? Ach. Wybawiona mocnymi, splecionymi barwami od szarości dnia i nocy. Zadziwiające. Cisza potrafi zagłuszyć wszystko. W każdym tych słów znaczeniu… W dobrym i złym.

            Promienie porannego słońca przebiły się przez szpary w spróchniałych deskach tworząc drogę powrotną z sennego otumanienia dla mego umysłu. Na sianie, pod dachem jest mi tak dobrze. Wojciech nalegał, abym pozwoliła mu spać w moim poprzednim wagonie towarowym, bez dachu, bez niczego. Nasi ojcowie nie uradowali się z zamiany. Ja również. Ale to już koniec naszej ciężkiej podróży. Lokomotywa zatrzymała się z ogłuszającym świstem, a za jej przykładem podążyła reszta wagonów. Zatrzymano nas w miejscowości, o nowej nazwie Leśna. Brudni, wychudzeni ludzie wyłonili się z różnych wagonów, część ze zwierzętami i rodziną u boku, część samotna, część w okropny sposób niepełnosprawna. Po chwili w tłumie odnalazłam Wojciecha wraz z moimi rodzicami. Wychodzimy ku nowemu życiu. Równo po zachodzie słońca mam spotkać się z nim przy zalewie okalającym zamek. Na razie się rozstaliśmy. Wyruszyłam z rodzicami niosąc nieliczne bagaże.
Szliśmy zachwycając się nowym miejscem i przerażając szkodami wywołanymi przez wojnę. Nasz dom był niewielki, poniszczony, ale krył w sobie piękno. Wokół była łąka, choć może kiedyś to był ogród, i kilka pięknych, starych drzew. Nasze magiczne miejsce, jak w bajce o dobrej księżniczce i złej królowej. Zło napiera, dobro chroni. Ledwo dotarliśmy, gdy wymknęłam się na spotkanie z Wojciechem.
Czekał na mnie przy brzegu, patrząc na wodę, w której już były dwa odbicia lekko falujące na niebieskim prześcieradle z oczami przepełnionymi miłością, smutkiem i cieniami radości. Te oczy widziały wiele i miały zobaczyć jeszcze więcej. Te oczy żyły w symbiozie, nie przeżyłyby bez swojej towarzyszącej pary o tym samym odcieniu głębokiego błękitu. To morze karmiło ocean, a ocean karmił morze. Oba umieszczone w pięknej, srebrzystej ramie po wieczność.
Idąc pięknymi leśnymi ścieżkami zobaczyliśmy zamek, mury, zatoki. Dotarliśmy do miasta. Piękno zostało zniszczone przez wojnę. Potem leżeliśmy znów przy brzegu patrząc w gwiazdy, w przepełnione czernią niebo, które strzegł księżyc w pełni, bielą przeganiając czerń. Zapatrzeni w czarną, daleką otchłań  straciliśmy poczucie czasu. Czas nie miał znaczenia. Nic nie miało. Ale nastał dzień, zaczęło świtać. W pośpiechu wróciłam do domu, gdzie zastałam zamartwionych i płaczących rodziców. Powiedziałam prawdę, nie mając serca krzywdzić ich kłamstwem. Dostałam zakaz wychodzenia z domu. Rodzice wiedzieli, że jedynym moim powodem, by wyjść do powojennego świata, jest on. Jednak co noc się wymykałam. Wiedzieliśmy, że to bardzo niebezpieczne, ale bardziej dla nas niebezpieczne było życie bez siebie.
Ta noc była ciemna, księżyc był w nowiu. Zakryła go czerń. Tylko gwiazdy oświetlały aleję ciemności. Przechodziliśmy w pobliżu Czochy, jego mroczne, kryjące w sobie wiele tajemnic mury pojawiały się od czasu do czasu pomiędzy drzewami, a wieże panowały w górze ozdobione czarnymi koronami drzew. Cisze przerywały jedynie odgłosy leśnego, nocnego życia. Biegliśmy. Wybiegłam na ulicę. Nagle samochód, który chował się pod osłoną nocy, odpalił, jego elektryczne ślepia patrzyły wprost na mnie. Oniemiałam. Ktoś mocno rzucił mnie w bok. Upadając po drugiej stronie ulicy usłyszałam dziwny odgłos, a potem krzyk. Dotarło do mnie, kto krzyczy. Rzuciłam się z powrotem na środek ulicy, gdzie leżał mój wybawiciel ozdobiony milionem purpurowych kropel błyszczących w świetle gwiazd. Opatrzyłam go nie wiele widząc, co dokładnie robię. Po wiekach ujrzałam światło rozmazane przez łzy. Ach. Samochód!
*
Wojciech był w szpitalu od wieków. Nikomu tam nie zależy na jego życiu. Mnie ojciec uwięził w pomieszczeniu. To chyba był pokój w naszym domu, nie jestem pewna. Nie wiedziałam nawet co się ze mną działo. Po prostu znalazłam się w tym czymś, widziałam niewyraźnie, słyszałam krzyki. Nie jestem w stanie określić, ale chyba moje i rodziców. Ale zobaczyłam go we mgle. Musiałam znów go ujrzeć. Zobaczyłam, że nie znajduję się tak wysoko, a pod oknem skądś wzięło się siano. Skoczyłam i jakoś dostałam się do szpitala. Tam dowiedziałam się, gdzie on leży. I dostałam się do niego. Zobaczyłam go pogrążonego we śnie. I zobaczyłam… ojca. Ojca trzymającego coś w ręce. Ręka przybliżała się do łóżka, a wraz z nią strzykawka. Czemu ojciec… NIE!
Ojciec się dowiedział o naszych nocnych spotkaniach. Skoczyłam na niego, wyprowadzono nas, uciekłam. Kilka dni spędziłam przy Wojtku. Jak się okazało, miałam wiele ran, o których nie miałam pojęcia. Jego i mój stan się poprawił, ale to mi nie wystarczało. Miałam koszmary, w których widziałam niezliczoną ilość wyjaśnień wypadku tamtej nocy. To nie było przypadkiem. Ktoś chciał zabić mnie, lub jego. A potem ojciec… Czy to mógłby być on? Nigdy nie darzył Wojtka, ani jego rodziny szacunkiem, a gdy się dowiedział, z kim przebywałam każdej nocy… Sądziłabym, że to on, gdyby nie pożar.
Malutka chata, w której mieszkali rodzice Wojtka, która była tak blisko pięknego, lecz zniszczonego miasta, spłonęła, gdy wychodziliśmy ze szpitala o zachodzie słońca. Zjawiliśmy się, gdy był już koniec.  Ogień gasł, ale buchał w  Jego pięknych oczach. Woda łez nie ugasiła płonących oczu zapalonymi bólem i złością. Mój kochany stracił rodziców. Smutek stał się trucizną. Trucizna była chęcią zemsty. Zanim odeszliśmy od zgliszcz, zobaczyłam elektryczne, okrągłe ślepia, te same, które gapiły się na mnie tamtej nocy. Ich kształt, ich światło, ich wygląd… Ślepiami władało czarne, nowe auto, dlatego tak wyjątkowe.
Śledziliśmy je, a śledząc, dotarliśmy do zamku, o nazwie Czocha. Czarne auto marki Wołga, o którym modelu marzył Wojtek pojawiało się tam i znikało, a my często wraz z nim. Były tam również garbusy, do których palący mężczyźni pakowali broń i jakieś paczki. Zakradaliśmy się tam nocą, schowani w mroku, lub w dzień, gdzie słońce bezlitośnie próbowało nas zdradzić. Udawało nam się pozostawać niezauważonymi, dopóki nie natknęliśmy się na młodego chłopca…
Podpalono stodołę, w której ukołysani do snu przez spokojny mrok, pogrążyliśmy się we śnie. Kilka osób wyciągnęło mnie z płomieni. Ktoś błagał, ktoś przeklinał, ktoś się śmiał. Mało pamiętałam. Obudziłam się wraz ze słońcem. Więziły mnie stare mury, stare... lochy. Och! Wyjrzałam przez dużą dziurę z metalowymi prętami. Byłam uwięziona w zamku. Nagle otworzyły się drzwi, których wcześniej nie zauważyłam.
Przeniesiono mnie do pomieszczenia nieco mniej przerażającego. Droga prowadziła przez długie, kręte schody. Nie płakałam. Patrząc przez okno na krajobraz, zastanawiałam się gdzie skryty jest mój ukochany. Minęło wiele czasu, a ja stałam wpatrzona w powojenny krajobraz żyjąc w świecie myśli. Jak się odżywiałam, skoro nie umarłam z głodu? O co chodzi?
Odpowiedź uzyskałam, gdy postanowiłam się uwolnić. Szalona myśl, ale ostatnio miałam takich wiele, więc się przyzwyczaiłam. Przyszedł chłopiec, którego już kiedyś widziałam. Pamięć mnie zawodziła. Mój umysł był pusty, acz pełny. Pełny nierealnych myśli. Zamknął drzwi.
- Przepraszam. – Miał około piętnastu lat. Oczy rozpoznałam, zrozumiałam, za co przeprosiny. Wydał nas. – Twój chłopaczek nie przychodzi, nie mamy po co cię trzymać, więc najprościej było by dla nas cię zabić. Nie chcę tego. Dlatego słuchaj mnie i wytęż swoją mózgownicę. – posłuchałam rozkazu chłopca.

Mój prawdziwy ojciec nie żyje. Wychowywał mnie jego brat. Mojego ojca zabił ojciec Wojciecha. Mój ojciec należał do grupy żołnierzy, którzy sprzeciwili się dowódcy, którzy działali na swoją korzyść, którzy pomagali wrogom, a wydali braci. Reszta tych ludzi, uważających się za wyjątkowych, dała śmierć za śmierć. Mi nic nie zrobią, dbają o mnie, uważają, że mnie chronią przed synem zabójcy mego taty i czekają, aż Wojciech po mnie przyjdzie. Joachim, chłopiec, który nas zobaczył, chłopiec, przez którego jestem tutaj, chce mi pomóc. Jego ojciec jest tu szefem. Jego ojciec go skrzywdził, on go nienawidzi. A żeby nienawidzić, trzeba kochać. Z miłości i z nienawiści, chce, aby się zmienił, dlatego chce go wydać milicji. W tym chłopcu dostrzegam mężczyznę. Z milicją, odkąd tutaj jestem, wymyślał, jak przeprowadzić całą akcję. Wojtka również odnalazł i opowiedział mu o wszystkim. ,,Ten twój chłopak ma wyrzuty sumienia za ojca, chociaż postąpił słusznie.’’ – powiedział mi, krzywiąc się. Odszedł. Zostałam sama, stojąc pośrodku mego więzienia, patrząc na świat szykujący się do snu, w snopie światła zachodzącego słońca. Cisza ogłuszała mnie. Cisza sprawiała chaos w mojej głowie, ogłuszając wszystko, czego potrzebowałam.
Kilka tygodni spędziłam wykonując swe zadanie. Przekonałam do siebie kilka mężczyzn, wygłaszałam okrutne słowa na temat mych braci, a dobre dla ich zdrajców. Ci ludzie jednak zostali również zranieni przez braci. Ależ jaki sens widzieli w śmierci? Wojna się nie skończyła i nigdy się nie skończy.
*
            - Mario, uciekaj! – zaczęłam biec przez cały zamek, korytarzami, które znałam, choć nie znałam. Wszystko było inne. Wybiegłam, byłam już tak blisko lasu. Kilka kroków. Za kilka kroków zostawię ten oddział swojego życia za sobą, choć nie wiedziałam, z jakim zakończeniem. Nagle usłyszałam wrzask, przekleństwo, śmiech, dźwięk, poczułam przeszywający ból w czaszce, a potem nastała cisza zagłuszająca wszystko. Pogrążyłam się w mroku.
*
            Topiłam się w oceanie mroku. Nie widziałam końca.
           
            Światło. Wraz z światłem pojawił się straszny ból.  Chciałam znów się zanurzyć w mrocznym otępieniu. Już zaczynałam popadać w czerń…
            - Mario! Już po wszystkim! Błagam!- Piękny dźwięk dopływał do mnie, a za nim podążało światło i ból. Ach. Co wybrać. Głos kusi, mrok kusi. Otworzyłam oczy.
            - Mario. – Ujrzałam przepiękną twarz, przepiękne oczy patrzyły miłością. Te oczy są moje. Wojciech.
Obdarzył mnie swoim najpiękniejszym uśmiechem, swoim spojrzeniem, ja odwdzięczyłam się pocałunkiem przepełnionym miłością. Ból nie miał znaczenia, przeszłość nie miała znaczenia, świat nie miał znaczenia. Spojrzeliśmy sobie w oczy zanurzając się w ich błękitnym oceanie. Oceanie wiecznej miłości.

Epilog.

Zło nie jest godne łez. Ale jednak je wylewasz, częstujesz je swoim przepełnionym goryczą płaczem, karmisz je, a sama nie masz czym zaspokoić swojego pragnienia. Stop. Nie możesz zaspokoić. Pragnienie przez które jest się tak suchym i obezwładnionym jest pokusą do zemsty. A ty nie spadniesz tak nisko.

,,Szary poranek spędza mrok ponury
Pasami światła znacząc wschodnie mury
I noc się na bok chyli jak pijana
Z dróg dnia ubitych kołami Tytana.’’
- W. Shakespeare



Męczyłam się, panikowałam, wariowałam, ale napisałam. Miałam szczęście, gdyż myliłam się co do terminu i w końcu napisałam to opowiadanie  (można było użyć tylko 12 ooo znaków, stąd takie krótkie, choć nie wiem czy bym mogła z dokładniejszymi szczegółami opisać dzieje powojenne). Powyżej moje wypociny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz