,,Po nocy dzień’’
,,Ziemia jest matką natury i
grobem,
Grzebie i życia obdziela
zasobem.
I mnóstwo dzieci jej łona
widzimy
Ciągnący pokarm z jej piersi
rodzimej.’’
- W. Shakespeare
Prolog
Stoję pośrodku pokoju
przesyconego mocnym światłem w odcieniu pomarańczy, kojona przez spokojny
wieczór. Spokój i piękno. Czymże jest cisza, jak nie pięknem? Ach. Wybawiona
mocnymi, splecionymi barwami od szarości dnia i nocy. Zadziwiające. Cisza
potrafi zagłuszyć wszystko. W każdym tych słów znaczeniu… W dobrym i złym.
Promienie porannego
słońca przebiły się przez szpary w spróchniałych deskach tworząc drogę powrotną
z sennego otumanienia dla mego umysłu. Na sianie, pod dachem jest mi tak
dobrze. Wojciech nalegał, abym pozwoliła mu spać w moim poprzednim wagonie
towarowym, bez dachu, bez niczego. Nasi ojcowie nie uradowali się z zamiany. Ja
również. Ale to już koniec naszej ciężkiej podróży. Lokomotywa zatrzymała się z
ogłuszającym świstem, a za jej przykładem podążyła reszta wagonów. Zatrzymano
nas w miejscowości, o nowej nazwie Leśna. Brudni, wychudzeni ludzie wyłonili
się z różnych wagonów, część ze zwierzętami i rodziną u boku, część samotna,
część w okropny sposób niepełnosprawna. Po chwili w tłumie odnalazłam Wojciecha
wraz z moimi rodzicami. Wychodzimy ku nowemu życiu. Równo po zachodzie słońca
mam spotkać się z nim przy zalewie okalającym zamek. Na razie się rozstaliśmy.
Wyruszyłam z rodzicami niosąc nieliczne bagaże.
Szliśmy zachwycając się nowym miejscem i
przerażając szkodami wywołanymi przez wojnę. Nasz dom był niewielki,
poniszczony, ale krył w sobie piękno. Wokół była łąka, choć może kiedyś to był
ogród, i kilka pięknych, starych drzew. Nasze magiczne miejsce, jak w bajce o
dobrej księżniczce i złej królowej. Zło napiera, dobro chroni. Ledwo
dotarliśmy, gdy wymknęłam się na spotkanie z Wojciechem.
Czekał na mnie przy brzegu, patrząc na wodę,
w której już były dwa odbicia lekko falujące na niebieskim prześcieradle z
oczami przepełnionymi miłością, smutkiem i cieniami radości. Te oczy widziały
wiele i miały zobaczyć jeszcze więcej. Te oczy żyły w symbiozie, nie przeżyłyby
bez swojej towarzyszącej pary o tym samym odcieniu głębokiego błękitu. To morze
karmiło ocean, a ocean karmił morze. Oba umieszczone w pięknej, srebrzystej
ramie po wieczność.
Idąc pięknymi leśnymi ścieżkami zobaczyliśmy
zamek, mury, zatoki. Dotarliśmy do miasta. Piękno zostało zniszczone przez
wojnę. Potem leżeliśmy znów przy brzegu patrząc w gwiazdy, w przepełnione
czernią niebo, które strzegł księżyc w pełni, bielą przeganiając czerń.
Zapatrzeni w czarną, daleką otchłań
straciliśmy poczucie czasu. Czas nie miał znaczenia. Nic nie miało. Ale
nastał dzień, zaczęło świtać. W pośpiechu wróciłam do domu, gdzie zastałam
zamartwionych i płaczących rodziców. Powiedziałam prawdę, nie mając serca
krzywdzić ich kłamstwem. Dostałam zakaz wychodzenia z domu. Rodzice wiedzieli,
że jedynym moim powodem, by wyjść do powojennego świata, jest on. Jednak co noc
się wymykałam. Wiedzieliśmy, że to bardzo niebezpieczne, ale bardziej dla nas
niebezpieczne było życie bez siebie.
Ta noc była ciemna, księżyc był w nowiu.
Zakryła go czerń. Tylko gwiazdy oświetlały aleję ciemności. Przechodziliśmy w
pobliżu Czochy, jego mroczne, kryjące w sobie wiele tajemnic mury pojawiały się
od czasu do czasu pomiędzy drzewami, a wieże panowały w górze ozdobione
czarnymi koronami drzew. Cisze przerywały jedynie odgłosy leśnego, nocnego
życia. Biegliśmy. Wybiegłam na ulicę. Nagle samochód, który chował się pod
osłoną nocy, odpalił, jego elektryczne ślepia patrzyły wprost na mnie.
Oniemiałam. Ktoś mocno rzucił mnie w bok. Upadając po drugiej stronie ulicy
usłyszałam dziwny odgłos, a potem krzyk. Dotarło do mnie, kto krzyczy. Rzuciłam
się z powrotem na środek ulicy, gdzie leżał mój wybawiciel ozdobiony milionem
purpurowych kropel błyszczących w świetle gwiazd. Opatrzyłam go nie wiele
widząc, co dokładnie robię. Po wiekach ujrzałam światło rozmazane przez łzy.
Ach. Samochód!
*
Wojciech był w szpitalu od wieków. Nikomu tam
nie zależy na jego życiu. Mnie ojciec uwięził w pomieszczeniu. To chyba był
pokój w naszym domu, nie jestem pewna. Nie wiedziałam nawet co się ze mną
działo. Po prostu znalazłam się w tym czymś, widziałam niewyraźnie, słyszałam
krzyki. Nie jestem w stanie określić, ale chyba moje i rodziców. Ale zobaczyłam
go we mgle. Musiałam znów go ujrzeć. Zobaczyłam, że nie znajduję się tak
wysoko, a pod oknem skądś wzięło się siano. Skoczyłam i jakoś dostałam się do
szpitala. Tam dowiedziałam się, gdzie on leży. I dostałam się do niego.
Zobaczyłam go pogrążonego we śnie. I zobaczyłam… ojca. Ojca trzymającego coś w
ręce. Ręka przybliżała się do łóżka, a wraz z nią strzykawka. Czemu ojciec…
NIE!
Ojciec się dowiedział o naszych nocnych
spotkaniach. Skoczyłam na niego, wyprowadzono nas, uciekłam. Kilka dni
spędziłam przy Wojtku. Jak się okazało, miałam wiele ran, o których nie miałam
pojęcia. Jego i mój stan się poprawił, ale to mi nie wystarczało. Miałam koszmary,
w których widziałam niezliczoną ilość wyjaśnień wypadku tamtej nocy. To nie
było przypadkiem. Ktoś chciał zabić mnie, lub jego. A potem ojciec… Czy to
mógłby być on? Nigdy nie darzył Wojtka, ani jego rodziny szacunkiem, a gdy się
dowiedział, z kim przebywałam każdej nocy… Sądziłabym, że to on, gdyby nie
pożar.
Malutka chata, w której mieszkali rodzice
Wojtka, która była tak blisko pięknego, lecz zniszczonego miasta, spłonęła, gdy
wychodziliśmy ze szpitala o zachodzie słońca. Zjawiliśmy się, gdy był już
koniec. Ogień gasł, ale buchał w Jego pięknych oczach. Woda łez nie ugasiła
płonących oczu zapalonymi bólem i złością. Mój kochany stracił rodziców. Smutek
stał się trucizną. Trucizna była chęcią zemsty. Zanim odeszliśmy od zgliszcz,
zobaczyłam elektryczne, okrągłe ślepia, te same, które gapiły się na mnie
tamtej nocy. Ich kształt, ich światło, ich wygląd… Ślepiami władało czarne,
nowe auto, dlatego tak wyjątkowe.
Śledziliśmy je, a śledząc, dotarliśmy do
zamku, o nazwie Czocha. Czarne auto marki Wołga, o którym modelu marzył Wojtek
pojawiało się tam i znikało, a my często wraz z nim. Były tam również garbusy,
do których palący mężczyźni pakowali broń i jakieś paczki. Zakradaliśmy się tam
nocą, schowani w mroku, lub w dzień, gdzie słońce bezlitośnie próbowało nas
zdradzić. Udawało nam się pozostawać niezauważonymi, dopóki nie natknęliśmy się
na młodego chłopca…
Podpalono stodołę, w której ukołysani do snu
przez spokojny mrok, pogrążyliśmy się we śnie. Kilka osób wyciągnęło mnie z
płomieni. Ktoś błagał, ktoś przeklinał, ktoś się śmiał. Mało pamiętałam.
Obudziłam się wraz ze słońcem. Więziły mnie stare mury, stare... lochy. Och!
Wyjrzałam przez dużą dziurę z metalowymi prętami. Byłam uwięziona w zamku.
Nagle otworzyły się drzwi, których wcześniej nie zauważyłam.
Przeniesiono mnie do pomieszczenia nieco
mniej przerażającego. Droga prowadziła przez długie, kręte schody. Nie
płakałam. Patrząc przez okno na krajobraz, zastanawiałam się gdzie skryty jest
mój ukochany. Minęło wiele czasu, a ja stałam wpatrzona w powojenny krajobraz
żyjąc w świecie myśli. Jak się odżywiałam, skoro nie umarłam z głodu? O co
chodzi?
Odpowiedź uzyskałam, gdy postanowiłam się
uwolnić. Szalona myśl, ale ostatnio miałam takich wiele, więc się
przyzwyczaiłam. Przyszedł chłopiec, którego już kiedyś widziałam. Pamięć mnie
zawodziła. Mój umysł był pusty, acz pełny. Pełny nierealnych myśli. Zamknął
drzwi.
- Przepraszam. – Miał około piętnastu lat.
Oczy rozpoznałam, zrozumiałam, za co przeprosiny. Wydał nas. – Twój chłopaczek
nie przychodzi, nie mamy po co cię trzymać, więc najprościej było by dla nas
cię zabić. Nie chcę tego. Dlatego słuchaj mnie i wytęż swoją mózgownicę. –
posłuchałam rozkazu chłopca.
Mój prawdziwy ojciec nie żyje. Wychowywał
mnie jego brat. Mojego ojca zabił ojciec Wojciecha. Mój ojciec należał do grupy
żołnierzy, którzy sprzeciwili się dowódcy, którzy działali na swoją korzyść,
którzy pomagali wrogom, a wydali braci. Reszta tych ludzi, uważających się za
wyjątkowych, dała śmierć za śmierć. Mi nic nie zrobią, dbają o mnie, uważają,
że mnie chronią przed synem zabójcy mego taty i czekają, aż Wojciech po mnie
przyjdzie. Joachim, chłopiec, który nas zobaczył, chłopiec, przez którego
jestem tutaj, chce mi pomóc. Jego ojciec jest tu szefem. Jego ojciec go
skrzywdził, on go nienawidzi. A żeby nienawidzić, trzeba kochać. Z miłości i z
nienawiści, chce, aby się zmienił, dlatego chce go wydać milicji. W tym chłopcu
dostrzegam mężczyznę. Z milicją, odkąd tutaj jestem, wymyślał, jak
przeprowadzić całą akcję. Wojtka również odnalazł i opowiedział mu o wszystkim.
,,Ten twój chłopak ma wyrzuty sumienia za ojca, chociaż postąpił słusznie.’’ –
powiedział mi, krzywiąc się. Odszedł. Zostałam sama, stojąc pośrodku mego
więzienia, patrząc na świat szykujący się do snu, w snopie światła zachodzącego
słońca. Cisza ogłuszała mnie. Cisza sprawiała chaos w mojej głowie, ogłuszając
wszystko, czego potrzebowałam.
Kilka tygodni spędziłam wykonując swe
zadanie. Przekonałam do siebie kilka mężczyzn, wygłaszałam okrutne słowa na
temat mych braci, a dobre dla ich zdrajców. Ci ludzie jednak zostali również
zranieni przez braci. Ależ jaki sens widzieli w śmierci? Wojna się nie
skończyła i nigdy się nie skończy.
*
- Mario, uciekaj! –
zaczęłam biec przez cały zamek, korytarzami, które znałam, choć nie znałam.
Wszystko było inne. Wybiegłam, byłam już tak blisko lasu. Kilka kroków. Za
kilka kroków zostawię ten oddział swojego życia za sobą, choć nie wiedziałam, z
jakim zakończeniem. Nagle usłyszałam wrzask, przekleństwo, śmiech, dźwięk,
poczułam przeszywający ból w czaszce, a potem nastała cisza zagłuszająca
wszystko. Pogrążyłam się w mroku.
*
Topiłam się w oceanie
mroku. Nie widziałam końca.
Światło. Wraz z światłem
pojawił się straszny ból. Chciałam znów
się zanurzyć w mrocznym otępieniu. Już zaczynałam popadać w czerń…
- Mario! Już po
wszystkim! Błagam!- Piękny dźwięk dopływał do mnie, a za nim podążało światło i
ból. Ach. Co wybrać. Głos kusi, mrok kusi. Otworzyłam oczy.
- Mario. – Ujrzałam
przepiękną twarz, przepiękne oczy patrzyły miłością. Te oczy są moje. Wojciech.
Obdarzył mnie swoim najpiękniejszym
uśmiechem, swoim spojrzeniem, ja odwdzięczyłam się pocałunkiem przepełnionym
miłością. Ból nie miał znaczenia, przeszłość nie miała znaczenia, świat nie
miał znaczenia. Spojrzeliśmy sobie w oczy zanurzając się w ich błękitnym
oceanie. Oceanie wiecznej miłości.
Epilog.
Zło nie jest godne łez. Ale jednak je wylewasz, częstujesz
je swoim przepełnionym goryczą płaczem, karmisz je, a sama nie masz czym
zaspokoić swojego pragnienia. Stop. Nie możesz zaspokoić. Pragnienie przez
które jest się tak suchym i obezwładnionym jest pokusą do zemsty. A ty nie
spadniesz tak nisko.
,,Szary
poranek spędza mrok ponury
Pasami
światła znacząc wschodnie mury
I
noc się na bok chyli jak pijana
Z
dróg dnia ubitych kołami Tytana.’’
- W.
Shakespeare
Męczyłam się, panikowałam, wariowałam, ale napisałam. Miałam szczęście, gdyż myliłam się co do terminu i w końcu napisałam to opowiadanie (można było użyć tylko 12 ooo znaków, stąd takie krótkie, choć nie wiem czy bym mogła z dokładniejszymi szczegółami opisać dzieje powojenne). Powyżej moje wypociny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz