-dzień dobry pani w białym!
- dzień dobry . - lubie ciebie drogi panie Mirosławie . Szczególnie wtedy, gdy jest pan pijany. Nie znam nikogo z podobnym poczuciem humoru. A może po prostu nie znam kogoś, kto by sie aż tak napił?
Dochądzą mnie głosy . ' kto to ? ' , ' kto idzie ? ' . Ciekawe jak pan Mirosław mnie przedstawił ? Głosy powoli cichną. Trawa zaczyna mnie drapać. We mnie dzieje się coś, czego nie moge opisać. Wchodze w las. Kiedyś to był lasek, miejsce naszych dziecięcych przygód, zabaw, pomysłów. Z czasem stawał się strasznym miejscem. Jezioro w nim zamieniało się w bagno, a w rowach dookoła zaczęłam dostrzegać kości zwierząt lub podarte, brudne ubrania, opakowania po papierosach i szklane butelki po piwie. Nikt już tam nie chodzi tylko ja. Obok zaczęły wyrastać domy. To miejsce zupełnie się zmieniło. Ale dalej je odwiedzam. Z lekkim strachem. Przebiegłam przez niego, ciągnąc za sobą Pusie. Nie moge jej spuścić ze smyczy, bo by pobiegła do domu. A ja nie chce zostać sama. Idą pod lekką górkę. Dociera do mnie zapach polnych, pięknych kwiatów ( chabry. Lubie ich niebieski, mocny kolor i 'poszarpany' wygląd. ) uwięzionych pośród brzydkich kłosów. Idę. Spuszczam Pusię. Ale ta beze mnie się nie ruszy. W nodze poczułam straszne kłucie. Musze wytrzymać. Idę, a powoli wysokie, jeszcze niedojrzałe, zielone zboże mnie zasłania. Spotykam tą samą zdechłą myszkę, którą widziałam już kilka dni wcześniej. Niedługo nic z niej nie zostanie. Powoli przebrzydłe zatrą po niej ślad. Nagle jedna z nich na mnie usiadła. Zaczęłam biec i natarczywie się wycierać. Czemu mnie tak to przeraża? Nie rozumiem. Brzydzić powinno, ale nie przerażać. Muszę się zatrzymać, aby Pusia mnie dogoniła. W oddali ktoś zaczął już pracować w polu. Ryk silnika traktoru nie daje mi zostać sam na sam z myślami. Odwracam się. Już trochę przeszłam. Zza sadu wyłonił się różowo-złocisty zachód słońca. Patrzę na niego i powoli wchodzę w wysokie zboże, które zupełnie mnie zasłania. Stoję. Przytulam się do kłosów. Ostatni raz zerkam na zachód i wracam biegiem. Nie chcę nikomu zniszczyć jego pracy. Biegnę prześlizgując się pomiędzy wysokimi 'łanami zbóż' ( tak to sie nazywa? xd ). Podoba mi się to. nic nie widzę, a ostre kłosy drapią mnie po ciele. Nagle wybiegam, upadam. Spodobało mi się to. Może zrobię sobie wąską ścieżkę? Wołam Pusię i biegniemy z powrotem. - Którędy idziemy? Wracamy czy idziemy na przód? - Wracamy. Droga powrotna jej poniszczona, ale już udeptana. Droga w dal jest dla nas nie do pokonania. Droga życia. Decyduję się przejść obok bagna, które kiedyś było pięknym jeziorkiem. Biegnę. lekka, dluga górka, po bokach drzewa, zamiast trawy mech. Krew. Widze krew na mchu. Duże plamu krwi. Krzycze, przyśpieszam. Koszula. Widze podartą koszulę na drzewie. Dotarło do mnie, że w zbożu zobaczyłam brudne rękawice. Biegnę jak mogę ale jestem już zmęczona. Wybiegłam. Jestem na małej łące i stąd widzę już pana Mirosława w towarzystwie przyjaciół. - Iza widze że mnie Ignorujesz ! Izaa ! Iza nie odchodź ! Iza nie ignoruj mnie ! Hahaha. Izaaa ! - Od kiedy jestem Izą drogi panie Mirosławie? Od następnej skrzynki piwa zapewne. Wracam do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz