Dziś po raz tysięczny padłam na łóżko i wyznałam swojemu łóżku dozgonną miłość. A potem spałam. A potem lekcje i komputer. A teraz siedzę, zanim zacznę się zastanawiać w co się jutro ubiorę (apel) i przejdę tradycyjną fazę przymiarek. Zwlekam z tym, gdyż jak na razie jestem w dobrym humorze (spacer+sen), a nie chcę go sobie psuć moim odbiciem w lustrze. Jeszcze tylko jutro.
Nie chciało mu się przyjść do szkoły. Nie musiałam przeżywać tego, co przeżywam na jego widok, więc dzisiejszy dzień obył się bez płaczu (hoho jeszcze się przecież nie skończył) i zbędnego i próżnego użalania się nad sobą (dopiero to nastąpi, gdy spojrzę w lustro. Tak, głupszej osoby ode mnie nie ma), ale nie mogę się doczekać, aż go jutro zobaczę. Za bardzo mi przypomina tamten wieczór...
Aby ktoś zaakceptował mnie, najpierw ja muszę zaakceptować siebie.
Boję się. Po prostu jutra. Po prostu wszystkiego.
Tak bym chciała....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz