Powoli zaczynam nabierać wprawy. Kontroluję myśli.
Pusta twarz.
Wczoraj był rodzinny wyjazd do Zielonej Góry. Kościół -a tam chłopak z bratem na wózku, niesprawny również psychicznie, sam chyba nie do końca normalny, ale ładny i raczej nie głupi, bo w końcu chyba dużo przeszedł. Tak strasznie chciałabym go poznać. Tak niewyobrażalnie mocno. A przy tym pozwalam się ponieść marzeniu i zaczynam wyobrażać sobie więcej niż tylko znajomość; obiad w rodzinnym gronie ( ahh... jakiego ja mam śmiesznego wujka! ), przepiękna palmiarnia i lody w białej, bajecznej altance; basen z wieloooma przygodami, po których już nigdy tam nie pójdę no ale w końcu przebywałam w miejscu, gdzie za kilkoma ścianami polska drużyna siatkarska grała mecz z Argentyną, a basen - centrum rekreacyjno-sportowe- otoczony był ludźmi z telewizji i budkami z koszulkami z nazwiskami naszych sportowców itd. ; znowu rodzinny posiłek i powrót do domu.
Kocham Zieloną Górę. Zgodnie z nazwą jest tam zielono i jakoś tak ładnie i 'zadbanie' jak na duże miasto, a droga wiodąca do niej to nowa autostrada chroniona ogromną ilością lasów, łąk i pól. Ach.
Gabriela wraca - zgodnie z moimi obliczeniami - w piątek. To stanowczo za długo.
Przybywa z Chorwacji. A ja mam marną nadzieję na Bałtyk.
Dzisiaj porządkowanie w szafach, a właściwie w jednej szafie z ubraniami. Jutro planowane porządki w pozostałych szafkach - w papierach i książkach. Mam nadzieję, że zdążę z moimi porządkowymi planami do końca miesiąca. Następny miesiąc ma być poświęcony prawdziwym wakacjom. Oczywiście, zapewne tak nie będzie przez skromny remont w naszym domu oraz pracami takimi, jakie kiedyś mieli ludzie na wsi, bo rodzice nie mogą jakoś przystosować się do tego, że już na wsi nie są, a dzieci nie muszą dniami pracować na polach niczym czarnuchy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz