sobota, 28 lipca 2012

the olimpic games

Moje pierwsze rozpoczęcie igrzysk. Czemu wcześniej nie oglądałam? Na koniec mogli dać coś bardziej ciekawszego niż mowy organizatorów czy coś, gdyż zmagał mnie sen. Brawo Anglio. 
Czułam się dziwnie. The olimpic games. The hunger games. Strasznie podobnie. Arena. Tłum pragnący widowiska na wieki, strasznie kosztowna uroczystość. Nic nie poradzę na to, że nie mam zaufania do takich rzeczy. Po prostu się tym brzydzę. I z niepokojem patrzę, w co zamienia się nasz świat. Tak jakoś. Ach... moja fobia po książkach. Ale czyż to wszystko nie jest podobne? Fałszywe media i wszystko inne. 

Ach. Stęskniłam się za Gabrielą troche. Jakby mnie nie lubiła, nie zdzwiłabym się. Boże, jaka ja byłam wredna. A uważałam się za lepszą. Ale nie zamierzam taka być. Nigdy. Przenigdy. nowa Agata. Buahahahaha. Kiedy ona wraca?!

Wczoraj połowa dnia spędzona na niczym w świecie książki, połowa w Rakowicach. Bączek zostawił mi pamiątkę w postaci długiego i mocnego zadrapania na nodze. Podziękowania do Bączka, który tak się cieszył i skakał, że przez następną godzinę nie byłam w stanie chodzić i nic mówić, tylko jęczałam.
 Moja rodzinka w Rakowicach ma łaadnych sąsiadów. 

Dzisiaj... sobotnie, tradycyjne sprzątanie. Coś dawno nie wyprawiłam kazania... ostatnio chyba z 2 dni temu. Co sie ze mną dzieje? Nie powiem... nie przeszkadza mi to. Kontrola myśli. 

Dziękuję mojej siostrze, która w końcu musi się natknąć na mojego bloga i z nudów go przeczytać. Błagam. Niech ta chwila nie nadejdzie.

Znowu nie mam co czytać. Na bibliotekę nie ma co liczyć, na zakup też nie, gdyż brakuje funduszy. Trzeba wypożyczyć od Dominiki coś. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz